Dlaczego katolicy wychowani na Novus Ordo wybierają tradycyjną mszę łacińską?

Aktualizacja: 2018-12-27 5:05 pm

Wielu z tych, którzy dorastali przed Soborem Watykańskim II, nie może zrozumieć, jak dla kogoś, kto urodził się później — powiedzmy po 1970 r. — tradycyjna msza łacińska może być atrakcyjna. W końcu — myślą sobie — kto chciałby się cofnąć do czasów, gdy ksiądz „stał tyłem do ludzi” i „mamrotał coś w martwym języku”; do czasów, kiedy do komunii przystępowało jedynie „parę babć”, a gdy te same babcie odmawiały różaniec, reszta parafian „bujała w obłokach”? Wciąż pamiętam, jak słyszałem takie argumenty, kiedy w połowie lat 90. jako szesnastolatek chodziłem na spotkania katechumenatu dorosłych w parafii św. Alberta Wielkiego w mieście North Tonawanda, w stanie Nowy Jork. „Podoba ci się łacina, co?” zapytał diakon Brick, mój nauczyciel, ukazując na twarzy grymas niezrozumienia, gdy powiedziałem mu, że wolę tradycyjną mszę. Diakon Brick i jego rówieśnicy nie potrafili pojąć, dlaczego jakikolwiek młody katolik chciałby powrócić do przeszłości, którą oni, jak sądzili, pogrzebali na dobre.

Moje doświadczenie było inne od doświadczenia diakona Bricka. Korzystaliśmy z mszalików, których nie dało się łatwo wertować w przód i w tył, od modlitw wstępnych do czytań na dany dzień. Gdy wierni nie odpowiadali wystarczająco głośno, ksiądz wykrzykiwał sarkastycznie: „Nie słyszę was!” Niektóre osoby rozmawiały przez całą mszę. Niemal do samej komunii bez przerwy wchodzili do kościoła spóźnialscy. Komunii udzielano wszystkim, bez względu na to, czy ktoś dopiero przyszedł, czy nie przywiązywał uwagi do tego, co się działo. Oprawę muzyczną zawsze stanowiły folkowe pioseneczki w stylu Peter, Paul and Mary albo wybrane utwory Marty’iego Haugena bądź Dana Schuttego. Od czasu do czasu śpiewaliśmy początkowe wersy „Warownym grodem jest nasz Bóg” Marcina Lutra. Gdy nadchodził czas na „Ojcze nasz”, modlitwa kończyła się protestancką doksologią: „bo Twoje jest królestwo i potęga, i chwała na wieki.” Wtedy jeszcze nikt nie trzymał się za ręce w trakcie modlitwy ani nie wznosił ich do góry podczas doksologii — zwyczaj ten pojawił się później. Na myśl o przekazaniu znaku pokoju ogarniało mnie przerażenie, ponieważ wiązało się to z tym, że pewna osoba, która przychodziła na mszę spóźniona, wydawała się mieć przeziębienie albo chorobę przypominającą gruźlicę, nieuchronnie siadała przede mną i wyciągała do mnie rękę.

Delikatnie mówiąc, moje doświadczenia z mszy nie były duchowo uwznioślające. Nigdy nie czułem się, jakbym był w obecności Boga. Msza jawiła mi się jako coś nijakiego i kiczowatego — jako coś, co katolicy muszą znosić raz w tygodniu przez godzinę.

Dzięki programom „Katedra”, Davida Macaulaya, i „Potęga mitu”, Josepha Campbella, emitowanym w publicznej telewizji, mając piętnaście lat, dowiedziałem się, że istniało kiedyś coś takiego jak msza łacińska, która jeszcze trzydzieści lat wcześniej służyła na co dzień większości katolików do oddawania kultu i że było tak od wieków, dopóki nie pozbył się jej papież Paweł VI i nie zastąpił rozmydlonym nabożeństwem w protestanckim stylu, do jakiego przywykłem. Byłem zdeterminowany, aby trafić na jedną z takich łacińskich mszy i przekonać się, jak wygląda.

W tamtych czasach łatwiej było to powiedzieć, niż zrobić. W połowie lat 90. tradycyjna msza była niemalże niedostępna. Summorum Pontificum miało zostać wydane dopiero za trzynaście lat. Niedługo po tym, kiedy obejrzałem wspomniane programy, „Katedra” i „Potęga mitu”, zrządzeniem opatrzności zwróciłem uwagę na osobliwe ogłoszenie w dziale religijnym gazety Buffalo News: w centrum miasta, w katedrze św. Józefa, miała zostać odprawiona w niedzielę wielkanocną msza łacińska. W jakiś sposób przekonałem rodzinę, abyśmy w niej uczestniczyli.

Jeśli nigdy wcześniej nie byliście na tradycyjnej mszy, wybierzcie się na taką odprawianą w katedrze w niedzielę wielkanocną, jeżeli macie możliwość. Chór rozpoczął mszę śpiewem Resurrexi, et adhuc tecum sum — do dziś nie słyszałem równie pięknego wykonania propriów. Nad głównym ołtarzem unosiły się kłęby dymu z kadzidła. Niemal wszyscy z obecnych, począwszy od celebransa, a kończąc na wiernych, byli przepełnieni czcią i powagą. Atmosfera świętości była wszechogarniająca. Zacząłem się wtedy zastanawiać, jak to musiało być w starej katedrze św. Pawła w Londynie albo w Notre Dame w Paryżu, zanim przejęli je protestanci i moderniści. Różnica między tą mszą a każdą inną, w której wcześniej uczestniczyłem, była kolosalna, niczym różnica między dniem a nocą. Nawet po tylu latach od tamtego momentu nie trafiłem na tradycyjną mszę łacińską, która mogłaby się równać z tamtą.

Sześć miesięcy później byłem na spotkaniu katechumenatu dorosłych z diakonem Brickiem. Powodem, dla którego nie przyjąłem pierwszej komunii kilka lat wcześniej, było to, że nie zostałem oficjalnie ochrzczony. Rodzice nie mogli znaleźć dla mnie chrzestnych, ponieważ wszyscy ich znajomi odeszli, zanim się narodziłem. Ostatecznie dziadkowie zgodzili się zostać moimi rodzicami chrzestnymi, ale to nastąpiło dopiero w liceum. Przed tym, gdy miałem osiemnaście miesięcy, zostałem ochrzczony w obliczu zagrożenia śmiercią przez kapelana szpitalnego, jednakże Kościół nie uznał tego chrztu. Musiałem wtedy opuścić katechezę, zacząłem skłaniać się ku protestantyzmowi, do wiary zaś powróciłem w pełni dopiero jako nastolatek i to dzięki tradycyjnej mszy. Tymczasem dla księdza i diakona, którzy włączyli mnie do Kościoła, msza, która doprowadziła mnie z powrotem do katolicyzmu, była niczym klątwa. Wiele lat później proboszcz parafii, ks. Fisher, odszedł na emeryturę, a było to mniej więcej w tym czasie, gdy papież Benedykt wydał Summorum Pontificum. W swoim ostatnim kazaniu ks. Proboszcz skrytykował Papieża za ten ruch, twierdząc, że łacina jest przeszkodą utrudniającą uczestnictwo we mszy, ponieważ wierni muszą rozumieć wszystko, co się dzieje.

Dlaczego tak wielu z nas urodzonych po Soborze Watykańskim II wybiera tradycyjną mszę oraz nabożeństwa wbrew tym, którzy kierując wtedy Kościołem, dyskredytowali ją i sprzeciwiali się jej, i robią to do dziś, będąc nadal u jego steru? Wymienię kilka powodów znanych mi z doświadczenia. Pierwszym z nich jest to, iż wszystko na tradycyjnej mszy — łacina, westymenta, rubryki, ustawienie celebransa — nakierowane jest na Boga. Nie my jesteśmy w centrum lecz Bóg. Katolicy z Kościołów wschodnich nazywają mszę Boską Liturgią, ponieważ ma boski rodowód. Każda modlitwa, gest, obrzęd pochodzi od samego Pana Jezusa, apostołów lub innych świętych, którzy żyli na przestrzeni wieków. Każdy nowo dodany element pogłębiał nasze rozumienie celu i przeznaczenia mszy. Wszystkie uproszczenia i zmiany, jakie wprowadził Annibale Bugnini wraz ze swoją komisją, pozbawiły mszę sakralnego charakteru oraz nadprzyrodzonej mocy. Potoczny język, banalne westymenta, celebracja przy stole zwróconym do wiernych, protestanckie hymny, komunia na rękę sprawiają, że msza bardziej przypomina zwykłe, towarzyskie spotkanie, a nie to czym naprawdę jest — ofiarą Chrystusa na Kalwarii.

Drugi powód jest powiązany z pierwszym. Ponieważ tradycyjna msza kładzie nacisk na pieczołowitość, przyciąga ludzi, którzy pragną nabożnej liturgii oraz traktują wiarę bardzo poważnie. Osoby uczęszczające na Novus Ordo wciąż mogą być bogobojne i głęboko wierzące, kapłan zaś może z czcią sprawować mszę, niemniej będzie im o wiele trudniej. Stały uczestnik Novus Ordo, który poważnie traktuje wiarę, będzie prawdopodobnie częściej stykał się z ludźmi, którzy nie podchodzą gorliwie do wiary i mają luźny stosunek do tego, w co wierzą i jak postępują — nowa msza raczej wzmacnia niż osłabia tę tendencję. Mówiąc prościej, liturgia sprawowana z czcią pomaga przeciętnemu wiernemu w uświęceniu się, a tym łatwiej mu to osiągnąć, gdy otaczają go podobnie myślący ludzie, którzy skupiają się na dostąpieniu zbawienia bardziej niż na dobrach tego świata.

Następną przyczyną wyższości tradycyjnej mszy jest fakt, że to nie msza łacińska, jaką pamiętają nasi dziadkowie. Starsi ludzie mówiący nam młodym, że w dawnych czasach kapłani odprawiali mszę pośpiesznie i że prawie zawsze była to nieciekawa msza cicha, nie potrafiliby dostrzec, jak wiele troski i wysiłku wkładają celebransi i chóry w sprawowaną współcześnie liturgię łacińską. Msza śpiewana to norma, natomiast chór najczęściej wie aniżeli nie wie, jak wykonywać chorał gregoriański, ksiądz przy ołtarzu jest zaś na ogół pobożny i celebruje mszę powoli oraz z wielką czcią.

Kolejną zaletą, jaką posiada msza wszechczasów nad nową mszą, jest cykl czytań. Soborowi rewolucjoniści wyrzucili na śmietnik stary cykl, ponieważ ich zdaniem nie uwzględniał on wystarczająco Pisma. Zamiast jednorocznego cyklu, który podkreśla naszą upadłą naturę i potrzebę Bożej łaski, opracowano nowy, trzyletni, mający na celu przeprowadzić wiernych biegiem przez całe Pismo Święte. Z nowego lekcjonarza usunięto również niewiarygodnie dużo fragmentów dotyczących czterech rzeczy ostatecznych i potrzeby zbawiciela. Na starej mszy stawia się na jakość czytań a nie ilość. Jeśli ktoś regularnie uczestniczy w tradycyjnej liturgii, otrzymuje co tydzień napomnienie, dzięki czemu istnieje większa szansa na to, że będzie dokonywał rachunku sumienia, żałował za grzechy i pracował nad swoimi słabościami.

To zaledwie kilka z powodów, dla których młodzi ludzie powracają do liturgii, jaką odrzucili ich przodkowie. Wielu z tych, którzy kochają Novus Ordo, nie może zrozumieć, dlaczego ktoś chciałby wrócić do tej okropnej, starej mszy łacińskiej. Wielu z tych, którzy wolą mszę łacińską, nie może zrozumieć, dlaczego chciano się jej tak ochoczo pozbyć.

Jeff Dahlberg

Źródło: OnePeterFive.com

Tłumaczenie: Robert Włodarczyk

Zdjęcie: Joseph Shaw

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

    Tags:

    Drukuj Drukuj

     

    ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
    Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=105941 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


    Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


    Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


    UWAGI, KOMENTARZE:

    Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
    Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]