Odwaga staniała – Stanisław Michalkiewicz

Aktualizacja: 2018-05-22 10:07 am

Pani profesorowa Magdalena Środzina jest już dużą dziewczynką. Nie tak dużą, żeby samego jeszcze znała Stalina, ale na tyle (zresztą i na przodzie też) dużą, że musi pamiętać, jak było za komuny. A za komuny było tak, jak czytamy w anonimowym wierszyku, że „W Poroninie, na jedlinie, wiszą gacie po Leninie. Kto chce w Polsce awansować, musi gacie pocałować”. Toteż do gaci po Leninie ustawiały się całe kolejki spragnionych awansu, między innymi – Edward Ciupak – ojciec pani profesorowej Magdaleny Środziny. Już jako uczony doktor religioznawstwa, w 1965 roku został zarejestrowany przez Departament I czyli razwiedkę, jako kontakt operacyjny „Gabriel” i w tym charakterze oddawał ludowej sprawiedliwości cenne usługi, dostarczając informacji o różnych osobistościach. Po linii zawodowej natomiast kolaborował z Urzędem do spraw Wyznań, Centralnym Ośrodkiem Doskonalenia Kadr Laickich i działał w Stowarzyszeniu Ateistów i Wolnomyślicieli, w przekonaniu, że religia wkrótce zaniknie. Legitymację partyjną oddał dopiero w stanie wojennym, ale to jeszcze nic w porównaniu z nawróceniem. Otóż pan prof. Edward Ciupak w ostatnich latach życia się nawrócił. Na czym to polegało – trudno zgadnąć, więc nie można wykluczyć, że na podpisaniu katolickiej Volkslisty, jaką na wszelki wypadek podobno podpisał też pan generał Wojciech Jaruzelski. Wiadomo bowiem, że w Niebiesiech większa będzie radość z jednego nawróconego szubrawca, niż z dziesięciu sprawiedliwych mułów, toteż nic dziwnego, że wielu szubrawców, zapamiętawszy z dzieciństwa sentencję, że pokorne cielę dwie matki ssie, na wszelki wypadek asekuruje się podpisaniem niebieskiej Volkslisty. Nie bez powodu czekają do samego końca, bo zbyt wczesne podpisanie takiej Volkslisty może budzić rozmaite efekty komiczne. Tak było w przypadku Andrzeja Szczypiorskiego – tajnego współpracownika SB „Mirek”, który w początkach stanu wojennego, kiedy to znaczna część pomocy z zagranicy docierała kanałami kościelnymi, postanowił się ochrzcić i nawet barwnie opisał swoje duchowe przełomy – jednak na mieście mówiono, że pierwszy chrzest mu się nie przyjął. Toteż przed pochopnymi, a zwłaszcza – przedwczesnymi nawróceniami przestrzegał Antoni Słonimski, przypominając w „Sądzie nad Don Kichotem” postać rabbiego Ben Ali ze Smyrny: „był sobie rabbi Ben Ali ze Smyrny, tak na honory wszelakie pażyrny, że gdy go grzeszna zwabiła pokusa na katolicki dwór Constantinusa, wyrzekł się wiary ojców i Talmudu i zaczął kochać bliźnich (nie bez trudu)”. Aliści wkrótce cesarzem obwołano Juliana Apostatę, „który całe rzymskie państwo z chrześcijańskiego obrócił w pogaństwo. Rabbi się tedy modli do Zeusa, uczy się mitologii, lecz psikusa los powtórnemu zrobił neoficie, bo Apostata w Persji stracił życie. Więc wrócił Kościół i rządy biskupie, a neofita znów dostał po dupie”. Toteż „niech sobie człowiek wiarę ma, czy nie ma, ale najgorzej, kiedy się nie trzyma tego, w co już raz wdepnął i próbuje, jaka się wiara lepiej dopasuje.

Wspominam o tym wszystkim z powodu deklaracji, jaką niedawno złożyła pani profesorowa Magdalena Środzina. Powiedziała mianowicie, że „PiS nie ma żadnego szacunku dla demokratycznych standardów”. Ponieważ, jak wspomniałem, pani Magdalena Środzina jest już dużą dziewczynką, a poza tym – panią profesorową, to taka deklaracja świadczy albo o słabej spostrzegawczości, albo o politycznym zacietrzewieniu, które zresztą też wpływa destrukcyjnie na spostrzegawczość. Rzecz w tym, że PiS, za przykładem swego prezesa, a zarazem Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego, realizuje pewien ustrojowy ideał w postaci przedwojennej sanacji. Sanacja od strony ideologicznej była ruchem etatystycznym, czego najlepszym wyrazem jest art. 4 ust. 1 konstytucji z 1935 roku, czyli tzw. konstytucji kwietniowej: „W ramach państwa i w oparciu o nie kształtuje się życie społeczeństwa”. Z tej zasady wynika, że poza państwem, czyli – poza ramami wyznaczonymi przez państwową biurokrację, życia nie ma i być nie może. Toteż konsekwencją takiego podejścia jest dążenie do nacjonalizacji, to znaczy upaństwowienia wszystkiego, co się da, a przynajmniej – kluczowych segmentów życia gospodarczego i społecznego. Warto przypomnieć, że sanacja rozpoczęła się w Polsce w roku 1926, a więc w okresie, kiedy w Europie narastały tendencje totalniackie, albo w postaci radykalnej – jak w Rosji, gdzie bolszewicy nie tylko zlikwidowali własność prywatną, zlikwidowali Cerkiew Prawosławną, na miejsce której podstawili atrapę w postaci Żywej Cerkwi kontynuowali rządy terroru, albo w łagodniejszej – jak we Włoszech i radykalnej – w Niemczech. Na tym tle sanacja prezentowała się bardzo łagodnie, bo nie tylko utrzymywała demokratyczną fasadę z autentyczną opozycją, którą jednak pozbawiła politycznego znaczenia, ale ograniczyła terror do rozmiarów minimalnych. Tę różnicę najlepiej widać, gdy porówna się sanację i czasy stalinowskie. Po dekretach nacjonalizacyjnych, rozgromieniu zbrojnego podziemia i zlikwidowaniu politycznej opozycji, Polska stała się państwem totalitarnym, chociaż nie do końca, bo komuniści wprawdzie forsowali kołchozy, podobnie jak dążyli do zlikwidowania religii – w czym, mówiąc nawiasem, pomagali im tacy ludzie, jak Edward Ciupak – ale nie zdążyli, bo Stalin umarł, dzięki czemu również w samej Rosji terror zelżał na tyle, żeby mówić o chruszczowowskiej „odwilży”, a dzięki niezłomnej postawie prymasa Wyszyńskiego, autorytet Kościoła w społeczeństwie znacznie wzrósł i Żywa Cerkiew w postaci ruchu „księży-patriotów” zaczęła samoistnie wygasać. Żeby jednak wyrobić sobie pogląd na różnicę między „brakiem żadnego szacunku do demokratycznych standardów”, wystarczy wyobrazić sobie, czy w roku 1950 byłaby możliwa okupacja Sejmu przez rodziny niepełnosprawnych dzieci. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że UB wyaresztowałby nie tylko amatorów takiej demonstracji, ale wszystkich niepełnosprawnych, którzy następnie poumieraliby w wiezieniach na zapalenie płuc albo inne dolegliwości. W 1950 roku pan Mateusz Kijowski byłby już bardzo starym nieboszczykiem, podobnie jak pan Paweł Kasprzak, a jeśli nawet nie – to jęczałby i szlochał w jakimś tajemnym lochu, z którego od czasu do czasu byłby ciągany na przesłuchania, podczas których oprawcy „dźgaliby go w nerwu włókno”. Wiedziały o tym nawet dzieci, toteż do otwartych buntów nigdzie nie dochodziło, ale ludzie porządni trzymali się z daleka od partii i „gaci po Leninie” nie całowali. Inni jednak całowali, dzięki czemu zostawali profesorami, konfidentami, słowem – kolekcjonowali rozmaite zaszczyty. Niestety genetyka jeszcze nie jest na tyle rozwinięta, żeby zbadać mechanizm przenoszenia potomstwu skłonności charakterologicznych, wskutek czego nie mamy pewności, czy brak spostrzegawczości u pani profesorowej Magdaleny Środziny jest wadą nabytą, czy dziedziczną.

Stanisław Michalkiewicz

Felieton    Portal Informacyjny „Magna Polonia” (www.magnapolonia.org)    22 maja 2018

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

    Tags: , ,

    Drukuj Drukuj

     

    ZASADY PRZEDRUKU Z SERWISU INFORMACYJNEGO BIBUŁY:
    Przedruki dozwolone, pod warunkiem podania źródła (np. "bibula.com" lub "Serwis Informacyjny BIBUŁA"), i/lub pełnego adresu internetowego: http://www.bibula.com/?p=101718 oraz niedokonywania jakichkolwiek skrótów lub zmian w tekstach i obrazach.


    Przedruk materiałów zastrzeżonych przez Autora tekstu źródłowego bądź strony źródłowej, dozwolony jedynie po uzyskaniu stosownej zgody Autora.


    Opinie wyrażane w tekstach publikowanych na łamach BIBUŁY są własnością autorów i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom wyrażanym przez Redakcję pisma BIBUŁY oraz Serwis Informacyjny BIBUŁY.


    UWAGI, KOMENTARZE:

    Wszelkie uwagi odnośnie tekstów, które publikowane były pierwotnie w innych mediach, prosimy kierować pod adresem redakcji źródłowej.
    Uwagi do Redakcji BIBUŁY prosimy kierować korzystając z formularza [tutaj]